Mój dzisiejszy felieton będzie o tym, czy początek roku zawsze dodaje skrzydeł, czy jest początkiem depresji i dlaczego tak trudno nam dotrzymać postanowień noworocznych. Na przełomie roku wszyscy wokoło wpadają w szał ustalania planów, nowych celów na nadchodzący rok. Kobiety stają na wadze łazienkowej i deklarują oficjalnie i całemu światu, że koniec ze słodyczami, że muszą schudnąć do wakacji, wykupują karnety na siłownie i zatrudniają za kosmiczne pieniądze trenerów personalnych oraz dietetyków. Planujemy ferie, wakacje, zmianę pracy, powrót do zdrowych nawyków żywieniowych, naukę angielskiego i sam Bóg raczy wiedzieć co jeszcze. I zachowujemy się troszkę jak te osy w słoikach, nerwowo biegając, ćwicząc, spoglądając trzy razy dziennie na wagę, która jak na złość ani drgnie….
Czy pod botoksem nie ukrywa się czasem braku troski o własne wnętrze? O tym, dlaczego ładny wygląd to uzupełnienie tego, czym „karmimy się” na co dzień i o harmonii między ciałem a duchem.
W ostatnich dniach 2020 roku chcę przekonać Was (i siebie) do sensu noworocznych postanowień. Zwykle rozczarowują, bo większość z nas z nich rezygnuje już po kilku tygodniach obietnic typu: będę więcej się ruszać, mniej jeść, postaram się bardziej oszczędzać. Nowy Rok, czy chcemy tego czy nie, niesie z sobą wiele emocji i oczekiwań. To naturalny przystanek i świetny moment na podsumowania, składanie sobie obietnic i snucia planów. Ważne, żeby zrobić to dobrze i skutecznie, i żeby ich kolejny raz nie „schrzanić”. Dzięki wspólnocie kobiecej grupie na fejsbooku może damy radę dotrzymać sobie słowa?

