Mój dzisiejszy felieton będzie o tym, czy początek roku zawsze dodaje skrzydeł, czy jest początkiem depresji i dlaczego tak trudno nam dotrzymać postanowień noworocznych. Na przełomie roku wszyscy wokoło wpadają w szał ustalania planów, nowych celów na nadchodzący rok. Kobiety stają na wadze łazienkowej i deklarują oficjalnie i całemu światu, że koniec ze słodyczami, że muszą schudnąć do wakacji, wykupują karnety na siłownie i zatrudniają za kosmiczne pieniądze trenerów personalnych oraz dietetyków. Planujemy ferie, wakacje, zmianę pracy, powrót do zdrowych nawyków żywieniowych, naukę angielskiego i sam Bóg raczy wiedzieć co jeszcze. I zachowujemy się troszkę jak te osy w słoikach, nerwowo biegając, ćwicząc, spoglądając trzy razy dziennie na wagę, która jak na złość ani drgnie….
Chcę przekonać Was drogie Czytelniczki i Czytelnicy, że możemy być szczęśliwi, kiedy przestaniemy się nadmiernie przejmować tak, jak ja to zrobiłam. Kiedy wszyscy wokoło wpadają w szał świątecznych zakupów, porządków, które spędzają sen z powiek, lukrowania pierniczków, fryzjera, kosmetyczki — ja idę na trening. Nie dlatego, że nie będzie u mnie Bożego Narodzenia, ale dlatego, że wybieram siebie i swój dobrostan, który wpłynie na spokój i szczęście całej mojej rodziny. Moje życie trwa cały rok, a nie tylko między dwudziestym, a trzydziestym pierwszym grudnia. Przez cały rok mam czysto w mieszkaniu – bo jestem systematyczna, nie muszę najadać się po trzykroć na Święta, bo mam zdrowe nawyki żywieniowe, nie topię smutków w alkoholu i nie leczę kaca – bo nie piję. Żyje po swojemu, na własnych zasadach, które obowiązują przez cały rok i nie zmieniam ich tylko dlatego, że są Święta.

